26 stycznia, 2017

Dlaczego zmiana zawodu nie zadziałała?

Czasem jest tak, że zmiana pracy lub zawodu kończy się wielkim rozczarowaniem. Budzisz się pewnego dnia i czujesz się tak jakby ktoś wylał na Ciebie wiadro zimnej wody, w miejscu, w którym czujesz się źle, wśród przypadkowych ludzi, z zadaniami, które zamiast motywować do rozwoju tylko dołują. Zastanawiasz się wtedy co poszło nie tak? Czujesz się oszukana. I co najgorsze, oszukana przez samą siebie, bo przecież sama siebie w to wpakowałaś. Znasz to? Ja tak. Na szczęście tylko z opowieści. Ale wnioski z tych historii mogą Ci się przydać.

Od pierwszego wpisu na tym blogu podkreślam rolę przygotowań do zmiany. Pisałam o poduszce finansowej, pisałam o nawiązaniu kontaktu z rekruterami oraz z osobami, które pracują w upatrzonej przez Ciebie branży i zawodzie, pisałam o tym, żeby zanim wdrożysz zmianę w życie, dobrze zbadaj grunt i otoczenie. Jasne, że nie pozbędziesz się ryzyka rozczarowania tak zupełnie, ale wcześniejszy wywiad na pewno to ryzyko zminimalizuje.

Załóżmy też, że to wszystko zrobiłaś a mimo to coś poszło nie tak. Tylko co?

No właśnie. O ile poznałaś specyfikę wybranego zawodu, sposoby na zdobycie potrzebnych kwalifikacji, zaplanowałaś budżet potrzebny na wydatki związane z kursami, szkoleniami i przetrwaniem w czasie, gdy pensje będą najniższe, adekwatne dla juniora, to prawdopodobnie nie zrobiłaś jednego - nie sprawdziłaś na sobie, czy nowe zajęcie rzeczywiście będzie Ci odpowiadać. Czy się w nim sprawdzisz.

O co mi chodzi? Już piszę jaśniej. Na przykładach.
Sytuacja pierwsza.
Justyna zaraz po studiach dostała się do pracy jako asystentka. Szybko awansowała na asystentkę zarządu. W między czasie, dzięki znajomości kilku języków obcych, przeszła do działu tłumaczeń i zajmowała się tłumaczeniami specjalistycznej dokumentacji. Zlecenia napływały z różnych krajów, pracowała z ludźmi i bardzo to lubiła. Ale jej wielką miłością od zawsze były kwiaty. Gdy wyszła za mąż i urodziła dziecko, postanowiła, że ma dość pracy w korpo, zrobiła kurs florystyczny, zaczęła szukać pracy w kwiaciarni. W wyobraźni tworzyła piękne bukiety dla zakochanych par czy na różne okolicznościowe przyjęcia. Jej wyobraźnia nie znała granic w tym względzie. I super. Tylko czemu nie wyszło? Przepracowała w kwiaciarni rok i zrezygnowała. Ostatecznie założyła działalność gospodarczą i zajęła się tłumaczeniami jako freelancer.

Co poszło nie tak?
Prawdopodobnie zderzenie wyobrażeń i marzeń z rzeczywistością. Nagle okazało się, że klientów w kwiaciarni jest nie wielu, zlecenia okolicznościowe tylko w sezonie. Dzień za dniem dłużył się okropnie, godziny pracy też nie takie, bo jak to w kwiaciarni, zaczynała pracę o 11:00, kończyła o 19:00.
Nagle okazało się, że klienci dzielą się na tych, dla których to po prostu kwiaty i wcale nie chcą wymyślnych kwiatowych arcydzieł sztuki tylko zwykłe proste bukiety przewiązane prostą wstążką. I jest też ta druga grupa, która i owszem, bardzo chętnie przyjmie piękną kwiatową kompozycję, tylko nie za taką cenę. A kwiaty kosztują. Niektóre bardzo dużo. Justyna, zamiast oddawać się pasji tworzenia, była coraz bardziej przybita rzeczywistością a jej wymarzona kwiaciarnia na wzór tej z amerykańskich komedii romantycznych okazała się ot budką z kwiatami.

Plus jest taki, że przynajmniej spróbowała i nigdy nie powie, że żałuje tego, że nie spróbowała. Masło maślane, ale wiesz co mam na  myśli.

Sytuacja druga.
Gosia pracowała w dużej polskiej firmie transportowej w marketingu. Od lat, od rana do wieczora ten sam schemat, ci sami ludzie, te same projekty, mało przestrzeni na innowacje i testowanie nowych, rynkowych rozwiązań. Po pracy pisała blog o makijażu i kosmetykach, testowała na sobie różne makijaże. W pewnym momencie postanowiła, że zacznie odkładać pieniądze i zrobi kursy makijażu. Jak postanowiła, tak zrobiła. Odłożyła poduszkę finansową na "w razie co", ukończyła trzy różne kursy, poświadczone dyplomami, podziękowała za etat i podjęła pracę jako wizażystka w jednym z kosmetycznych stoisk, w którym oprócz tego, że możesz kupić kosmetyki tej firmy, to możesz umówić się na próbny makijaż kosmetykami tej firmy.
Przepracowała tak trzy lata. Nie była przygotowana na wybredność i niezdecydowanie klientek, brak przestrzeni do tworzenia odważnych makijaży, blog zaczął wiać pustkami, bo nie miała czasu go prowadzić a jak trafiały się wolne chwile to robiła wszystko co nie miało związku z kosmetykami i urodą. Klasyczna pułapka trendu o zarabianiu na pasji. W jej przypadku ta praca zabiła miłość do pasji i zmieniła w przykry obowiązek.

Sytuacja trzecia, tym razem z mojego własnego podwórka. Na kursie podstaw rachunkowości poznałam dziewczynę, którą firma wysłała na ten kurs. Dziewczyna była asystentką w dziale finansowym, dość chętnie się uczyła branżowych rzeczy, szef zdecydował, że wyśle ją na kursy i włączy do zespołu. Po drugim stopniu, na który poszłyśmy razem, dostała stanowisko młodszej księgowej i weszła w nowy zawód. W trakcie obu kursów dziewczyna była bardzo zmotywowana, widać było, że chłonie wiedzę jak gąbka i co ważne, odnalazła się w tym obszarze. Bo nie sztuką jest wiedzieć wszystko, sztuką jest wiedzieć gdzie szukać odpowiedzi. Spotkałyśmy się niedawno przypadkiem na korytarzu naszego stowarzyszenia po ponad trzech latach. Byłam pewna, że dziś jest już całkiem fajną księgową. A jak się okazało, bardzo się myliłam. Rzeczywiście jest księgową i to dość dobrą, ale niestety nie odnalazła się w zawodzie. Nie lubi, męczy się, denerwują ją nieustanne zmiany stanu prawnego i brak przejrzystości przepisów. Ale najbardziej denerwują ją przedsiębiorcy oczekujący od księgowych cudu nad Wisłą. I w ten o to sposób ta cudowna, trzy lata temu, zmiana, okazała się usłaną żwirem drogą pod górę.

Przytoczyłam Ci trzy historie zmian dobrze przygotowanych a mimo to nieudanych. Okazało się, że wyobrażenia bardzo różnią się od rzeczywistości. Czy można było tego uniknąć? Sądzę, że tak. Nic nie da Ci tak dobrego feedbacku jak sprawdzenie siebie w danym zawodzie. W każdym z tych opisanych trzech przypadków wystarczyłoby, gdyby dziewczyny wcześniej skontaktowały się z potencjalnymi pracodawcami, opisały sytuację i zaproponowały, że przepracują kilka godzin w tygodniu w zamian za praktykę i możliwość sprawdzenia się. Poświęć sobotę, żeby to zrobić. To tylko cztery dni w miesiącu a dzięki temu uchronisz się przed inwestycją w nietrafione kwalifikacje. I chociaż wiele firm po prostu nie odpowie na Twoje próby nawiązania kontaktu to na pewno w końcu ta jedna się znajdzie. Zawsze się znajduje, prędzej czy później. 
Dziękuję, że dzielisz się tym wpisem ze znajomymi! :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twój komentarz:)