18 października, 2016

Są takie dni...

Czasem jest tak, że wszystko czego się dotkniesz wychodzi beznadziejnie, jakby żyło swoim własnym życiem na przekór Tobie. Czegoś bardzo chcesz, planujesz to, przygotowujesz się najlepiej jak umiesz a mimo to nie udaje Ci się. W dodatku w tym samym momencie walą Ci się na głowę inne rzeczy. I dostajesz po grzbiecie. Tak jakbyś chciała za bardzo. Czy można chcieć za bardzo?

Ponad tydzień temu zapanowała cisza na blogu ponieważ mój laptop wylądował w serwisie. Jedyny komputer to ten w pracy, na którym trudno napisać cokolwiek, z resztą nawet nie ma kiedy. Normalnie mogłabym napisać coś z telefonu, wstawić jakieś zdjęcie ze starszego wpisu i byłoby dobrze, ale telefon podzielił los laptopa i jak dwaj przyrodni bracia wylądowali w naprawie w tym samym czasie.

W między czasie przygotowywałam się ostro do egzaminu praktycznego na prawo jazdy kategorii A. Dzień w dzień popołudniami aż do późnego wieczora i ostatni weekend, pomimo okropnego chłodu, spędziłam na placu manewrowym. Ćwiczyłam jeszcze mocniej, z większą siłą i determinacją niż przez ostatnie trzy miesiące całego kursu. Byłam przygotowana do tego egzaminu celująco. Jedyne, czego mi brakowało to szczęścia.

Dziś miałam ten egzamin i wszystko mi sprzyjało od wczesnego świtu - pogoda się poprawiło (chociaż miało padać od rana, było sucho i ładnie), trafiłam na rewelacyjnego egzaminatora, no wszystko, naprawdę wszystko było super.
Niestety nie zdałam.

Dlaczego? Przecież byłam tak dobrze przygotowana.
Nie zdałam, ponieważ zjadły mnie nerwy a na motocyklu nie możesz być spięta. Ciało musi pracować i współpracować, elastycznie, płynnie, pewnie i zdecydowanie. Inaczej prosisz się o wywrotkę i siniaki, w najlepszym wypadku. I mi właśnie dzisiaj tego zabrakło, bo nie zapanowałam nad własnymi emocjami. No i za bardzo mi zależało. Zdanie za pierwszym razem postawiłam sobie za punkt honoru.

Dzisiaj, gdy odebrałam laptopa z serwisu, pomyślałam, że chcę o tym napisać, pomimo że ma się nijak do zmiany pracy. Ale, jeśli spojrzysz na temat z otwartą głową, zobaczysz jak wiele wspólnego mają ze sobą te dwa tematy.

Gdy trzy lata temu stawiałam swoje pierwsze kroki w nowy zawodzie, niczego nie byłam pewna. To naprawdę była rosyjska ruletka. Możesz być obkuta z tematami po zęby, mieć ustawy i zasady rachunkowości w małym palcu a mimo to, możesz nie znaleźć zatrudnienia, ponieważ nikt nie będzie chciał dać Ci tej szansy. Nikt nie poczuje tzw. chemii do Ciebie i nie będzie chciał ryzykować, zapraszając Ciebie do swojego zespołu. Może tak być. Szczególnie w Polsce osoby zmieniające zawód i zaczynające z nowymi kwalifikacjami od zera, są nadal kiepsko postrzegane. Podchodzi się do nas z ogromnym dystansem, patrzy się na nas raczej jak na kogoś z fanaberią niż na osobę, która wie czego chce a przede wszystkim na osobę, która wykazała się pracowitością, ambitnością i zdecydowaniem oraz skutecznością w realizowaniu celu - zrobiła ten najważniejszy krok - zdobyła nowe kwalifikacje. Zdobycie nowych kwalifikacji wymaga ogromu pracy, wyrzeczeń oraz determinacji. To nie przychodzi samo. Samo też nie zasysa się do naszych głów. My na efekty pracujemy całymi tygodniami. Ale niestety mało kto nadal na takie osoby patrzy w ten konkretny sposób.

Dlatego może się zdarzyć, że po roku czy dwóch, nadal będziesz bez pracy w wybranym, nowym zawodzie. Wtedy powinnaś pomyśleć o wdrożeniu planu awaryjnego, bez którego nie radziłabym w ogóle zaczynać całego procesu.

Dlaczego o tym piszę? Bo chcę pokazać, że może nie być tak kolorowo, jak byśmy tego chciały. Będziemy musiały przełknąć tę gorzką pigułkę. I poradzić sobie z emocjami.
Ja dzisiaj nie wiem jak to zrobić. Jestem sobą rozczarowana. Jedno wiem na pewno - nie można się poddawać. Łatwo powiedzieć, co?

M.
Dziękuję, że dzielisz się tym wpisem ze znajomymi! :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twój komentarz:)